medyum uzman medyum evden eve nakliyat firmalari instagram takipci hilesi instagram takipci hilesi
Made to Break (JazzPress Poland) | Ken Vandermark - musician & composer

Made to Break (JazzPress Poland)

Facebooktwittergoogle_plusredditpinterestlinkedinmail

Made To Break Kena Vandemarka, amerykańskiego improwizatora, kompozytora, teoretyka jazzu i sak- sofonisty, w ciągu dwóch dni zagra- ło sześć setów. Pierwsze trzy miałem okazję wysłuchać osobiście. Zapo- wiadał się ogień. Vandemark jeńców nigdy nie brał, a koncepcja nowego projektu połączona z jego ostrą, re- petycyjną frazą zapowiadała wieczór wręcz sensacyjny. A było… cóż, nieste- ty tylko dobrze, przeciętnie wręcz.

Zespół przez dwa dni stał się rezy- dentem warszawskiego klubu. Oba wieczory zostały ułożone według podobnego schematu – pierwszy set to Vandemark w duecie, w drugim pojawiał się reprezentant polskiej sceny, a w finałowej odsłonie zespół prezentował własny, mniej impro- wizowany repertuar, bazujący na kompozycjach lidera.

Pierwszy wieczór rozpoczęli dwaj przyjaciele, którzy na scenie zna- ją się doskonale. Tim Daisy i Ken Vandemark zagrali coś w rodzaju energetycznego, ale bezpiecznego entrée. Obaj bazowali na swoich pa- tentach. Daisy szył gęsto, rytm miał zwarty, a przecinały go mocne ak- centy. Lider „rozpychał” powietrze miarowo, ale skutecznie, z każdą minutą grając powracające dźwięki z większą mocą i intensywnością. Było dobrze, ale poczucie, że jest to pewna forma rozgrzewki pozostało.

Drugi set zapowiadał się zagadkowo. Vandemarka na saksofonie zastąpił mieszkający w Polsce Ray Dickaty, na scenie pozostał Tim Daisy, a na basie elektrycznym wystąpił młody Jasper Stadhouders. Główną uwagę skupił na sobie Dickaty, wszak za- granie z sesją Vandemarka i niejako zastąpienie go to nie lada wyzwanie. Związany z warszawską sceną free Anglik zaskoczył powściągliwoś- cią. Zaproponowany przez kolegów rytm zapraszał do ryzykownej jazdy bez trzymanki. Zamiast tego, Dicka- ty nieco wyczekiwał, wchodził w grę stopniowo, niejako na swoich regu- łach. Czy był to kontrast udany czy nie, pozostaje kwestią otwartą. Trud- no powiedzieć, ale na pewno warto było tego spotkania posłuchać.

Gdy zbliżał się czas finałowego występu, oczekiwa- nia zdążyły jeszcze bardziej urosnąć. W końcu to Vandemark, a jego najnowszy projekt czerpać miał z wielu źródeł – od punkowego The Ex, przez etiop- skie rytmy, po współczesny dialog z dokonaniami Johna Cage’a i Mortona Feldmana. Trudno o bar- dziej intrygujący zestaw. Na scenie po raz pierwszy pojawił się Christof Kurzmann. Siedząc za plątani- ną kabli, suwaków i monitorów na bieżąco ingero- wał w dźwięki pozostałych muzyków, podkręcał je elektronicznie, często loopował. Efekty były ciekawe, choć dość często niknęły w rosnącym brzmieniu.

Made To Break okazał się projektem koncepcyjnie nieustalonym. Kompozycje, które usłyszeliśmy wciąż formułują się, a zespół dokona ich rejestracji dopiero po kolejnych koncertach w Wiedniu. Najlepiej wy- padły te momenty, w których Stadhouders odchodził od ścigania się po gryfie, wychodził ze ślepych uliczek ze smyczkiem w ręku, a zapodawał bezpardonowy, ciężki, nieco psychodeliczny groove. Gra zespołu na- bierała nagłego skupienia. Proces kolektywnego two- rzenia stawał się jaśniejszy, a kompozycje zyskiwały na przystępności. Vandemark obszernymi fragmen- tami raczej słuchał niż grał, jakby sprawdzał, co w tej muzycznej efemerydzie „żre”, a co wymaga korekty. Dwukrotnie zresztą dał sygnał muzykom, by z pew- nych wycieczek zawracali. Gdy jednak dochodził do głosu, to nie pozostawiał wątpliwości, że wciąż jest jednym z najbardziej intrygujących saksofonistów. Jego gra nie będzie podobać się każdemu, jest w niej jakiś rys prymitywizmu i intelektualnej parady, ale ognia i własnego stylu nikt mu nie odmówi. I to się ceni. Podobnie z całym projektem, który wydaje się na tym etapie propozycją interesującą, ale poruszającą się jeszcze nieco po omacku. O ile zatem koncert po- zostawił mały niedosyt, to oczekiwania wobec płyty, zostały paradoksalnie skutecznie podgrzane. Czeka- my na sesję z Wiednia.

Łukasz Nitwiński
lukasz@radiojazz.fm
Warszawa, Pardon, To Tu, listopad 2014 r.

Originally published in Jazzpress ISSN 2084-3143 2014